poniedziałek, 5 listopada 2018

Can do attitude, czyli jak osiągnąć sukces

Do dzisiejszego wpisu zmotywował mnie sukces znajomego, który w dniu wczorajszym, w drugiej turze wyborów z olbrzymią przewagą wygrał wybory na burmistrza mojego rodzinnego miasta ;-)

Jego droga do sukcesu udowadnia, że stawiając sobie jasny cel i wytrwale do niego dążąc, można osiągnąć sukces!

Sukces siedzi w naszych głowach. Pozytywne myślenie i wytrwałość jest kluczowym elementem drogi do sukcesu. Jednak tak wielu z nas (zapewne ponad 99% osób!) zraża się do dalszej drogi już wtedy, gdy pojawiają się pierwsze niepowodzenia.

Żyjemy w narodzie, który tak lubi narzekać...
Nie, po co to będę robił. Nie, bo się nie uda. Nie, bo mamy taki klimat. Nie, bo ten Rząd. Nie, bo ryzyko. Naprawdę ciężko jest wyjść ze strefy komfortu. Wiem, to po sobie. Ja do tego wyjścia potrzebowałem ok. 2 lat i mocnego wydarzenia w moim życiu.

Oczywiście do sukcesu niezbędny jest dobry plan i starannie zaplanowane działania. Nie możemy działać chaotycznie, bo nie przyniesie to rezultatu. Tego możesz być niemal pewny/a.

Nie jest też tak, że od razu osiągniemy sukces. Może być tak, że pierwszy biznes nam nie wypali, drugi też, potem kolejny i kolejny. Gdy będziesz bliski/a rezygnacji to nagle okaże się, że masz w ręku, na co pracowałeś/aś przez ostatnie lata.


Moja droga też nie była łatwa ...


Moja droga też nie była usłana różami. Zaczynałem od długów w wysokości ok. 20 tys. zł, które uzbierały się przez okres 5 letnich studiów. Początki to fizyczna praca wakacyjna za marne kilka złotych na godzinę. Kiedy w końcu udało mi się załapać do pracy w korporacji to myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi.

Jak się później okazało już po 2 latach miałem dość tej pracy i nie odpowiadał mi ten system pracy. Postanowiłem więc poszukać swojej własnej drogi. Po pracy realizowałem swoje pomysły. Trzy pierwsze pomysły nie do końca wypaliły. Co prawda lubiłem to co robiłem, ale samym zadowoleniem nie zapewnię przecież dachu nad głową rodzinie.

Szukałem dalej i w końcu osiągnąłem swój pierwszy mały sukces. Mogłem utrzymać się pracując "na swoim", kiedy chcę, jak chcę i ile chcę. Oczywiście ilość pracy zazwyczaj liniowo bądź nawet wykładniczo odbija się w zarobkach i jest to pewnego rodzaju "motywartorem" do działania.

Tak naprawdę nie muszę się jednak motywować, bo lubię to co robię. Niestety wciąż nie robię tego na 100% i wiem, że zmarnowałem wiele okazji do większego sukcesu. W 2014 roku (stali czytelnicy wiedzą dlaczego) postanowiłem jednak, że pracy nie będę poświęcał się w 100%. Dojście do tego stanu trwało jednak kolejne dwa lata. Do tego czasu, niemal przez 6 lat pracowałem na dwa etaty.

Od końca 2016 roku pracuję już tylko na jeden, własny etat ;-) Mogę powiedzieć, że jest to moim sukcesem.


Co dalej, czy spocząłem na laurach?


Nie nie, na pewno nie zamierzam całkowicie spocząć na laurach ;-) Zresztą widzę, że nie ma do końca dobrych perspektyw w mojej specjalizacji. Kto się nie rozwija, ten się cofa. Niestety tak to już jest.

Dlatego też planuję już kolejny biznes i mocno wdrażam się w temat czytając książki, poradniki, spotykając się z ludźmi z branży.


Ps. Przepraszam, za nieco chaotyczny wpis. Z racji braku czasu, nie dokonywałem niemal żadnych korekt i poprawek.


0 komentarze :

Publikowanie komentarza